9 lipca 2015

Ni pies, ni wydra...

Witam!

Ostatnio z wielką namiętnością poddaję się upałom. Lecę na fali łaskoczących strużek wyciskanej ze mnie wody, dogorywam na łożu i leniwie wyciągam rękę po szklankę ciepłej wody (bo lód natychmiast się rozpuszcza). Nie znoszę upałów to mało powiedziane! Ale przeżyję, bo wiem, że reszta roku mi to wynagrodzi.

No dobra, może trochę przesadzam, bo w takim stanie nie byłabym napisać tu nic. Wiecie wszak wszyscy doskonale, że komputer podwyższa temperaturę, nierzadko też ciśnienie. Tak naprawdę piszę, bo upały lekko zelżały. Uff. Na chwilę! Łapię więc oddech i streszczam się ile sił w palcach, żeby komputer na kolanach nie zdążył mnie poparzyć.

Ostatnio troszkę szyłam. Po plecaku dla siebie i Młodej powstał jeszcze dla Małżonka. Jak będzie okazja na sesję, pokażę :)

Tymczasem szydło wołało piskliwie, więc je przegarnęłam i wydziubdziałam kolejną grzechotkę. Ha! Miała to być żyrafa, ale dziubanie rogów (sama myśl o nich mnie osłabiła) sobie odpuściłam i wyszedł z tego ni tytułowy pies, ni wydra :)

Robocza wersja to łoś :) Ktoś ma lepszą nazwę?  Poproszę!

Moim punktem wyjściowym był ten tutek. Oczywiście go zmodyfikowałam trzymając się swojej czarno-biało-czerwonej wersji stymulującej wzrok maluchów.

Nibyłoś powstał dla Hani, której prędko nie zobaczę, a która powoli, powoli szykuje się do wyjścia na świat. Niech wystrzeli jak z procy cała piękna i zdrowa!

Oto i Nibyłoś:


24 czerwca 2015

DIY czyli zrób sobie plecak ze sznurkiem!

Witam!


Dziś tutek! Wreszcie się zebrałam i ja. Kto tu zagląda, ten wie że zawsze linkuję tutki, z których sama korzystam. Dziś postanowiłam wysmażyć go sama.

Będzie to plecak dla Latorośli, plecak ze sznurkiem, bez podszewki.

Zaczynamy!


11 czerwca 2015

O "Landrynch" czyli o nowym uszytku Creaturry...

Witam!

Czasami szydło/druty, czasami maszyna, a czasami wielkie nic. Tak to u mnie bywa.
Tym razem maszyna poszła w ruch!

Dzięcię się brudzi, ciuchów brak, więc po co iść do sklepu jak można samemu uszyć ;)

Oto i piękny tutek z bloga uszyjmimamo.pl. Kto nie zna, niechaj podąża i wertuje :)
Ja z tutka na spodenki z kieszeniami skorzystałam i mam, a właściwie ma moja Córka. Tu raz jeszcze twórczyni bloga za przygotowanie pracochłonnego tutorialu dziękuję!

Najbardziej zauroczyły mnie kieszenie. Kształt od razu wpadł mi w oko i z tutorialu z pewnością jeszcze skorzystam! 

Tak wyglądają "na sucho" w całej swej okazałości... "piżamowe" (jak stwierdził mój Mąż), tudzież landrynkowe portki.


5 czerwca 2015

Biżu, biżu, biżuteria...

Witam!

Oczom swoim nie wierzę i wy nie uwierzycie. Nie wiem jak to się stało, ale poszłam za bodźcem, za ciosem, za głosem... zwał jak zwał. Poszłam za tym czymś i postanowiłam spróbować swoich sił w bransoletkach. Taśmy mam sporo, potrzebowałam tylko troszkę akcesoriów i niewielkich narzędzi.

A było to tak, że pewnego dnia usiadłam, zaczęłam splatać "francuza" dla Córki i tak jakoś wyszło. Pomysł się zmaterializował. Miał być  mały, uroczy i na lato.

Ciut się umęczyłam, poharatałam i pokleiłam, ale są.

Taka mała seria w wibrujących kolorach lata.


2 czerwca 2015

Moje lato jest w paski i kropka!

Witam!

W mojej głowie ostatnimi czasy burza burzę pogania. Próbuję sobie ułożyć racjonalną listę pomysłów do stworzenia, okiełznać szał perfekcyjnego opanowania wszystkich technik świata rękodzielniczego i do tego złapać równowagę między dwoma pasjami (twórstwo i fotografia). 

Zadanie jak zwykle z  górnej półki. Póki co wymyśliłam, że będę doprowadzać do końca to, co w głowie się urodzi, po wcześniejszej ocenie przydatności do użycia. Ha! Znowu zadanie mistrza wagi ciężkiej :)

Przechodząc do meritum dzisiejszego posta...historia klasycznie ma swój początek na ulicy przy witrynie jednego z bestialsko kuszących sklepów. 
Tradycyjnie po krótkiej, kiepsko udawanej walce z samą sobą, przegrywam. Finał jak zawsze ten sam. Mam kolejne materiał do zużycia (tym razem to motki i wzór na sweterek na szydle). Wracam do domu i... zamiast wziąć się do roboty .... szkoda gadać! 

11 maja 2015

Coś małego, coś szarego i coś dresowego...

Witam!

Dawno, dawno temu, za siedmioma rzekami i siedmioma górami... był sobie ostatni wpis. 
Rekordu ciszy wprawdzie nie pobiłam, ale przyznajcie, że wynik całkiem niezły.

Szczęka Wam tu dziś w dół nie opadnie i dupy, że tak potocznie napiszę, Wam nie urwie. 
Sponsorem bowiem dzisiejszego wpisu jest zwyczajna resztka dresówki z niedoszłych spodni dla mnie. 
Nie dość, że resztka, to jeszcze dresówki i w dodatku szarej. Szału nie ma, ale jakieś tam przepchanie marazmu jest i to dla mnie najważniejsze.
Do tego okazało się to nowe coś całkiem praktyczne.

Przechodząc do rzeczy... powstały pumpy, tudzież pół spodnie bądź przykrótkie "sindbady"...jak zwał tak zwał w terenie egzamin zdają. 
Punktem wyjścia był model spodenek z dziecięcej Burdy z zeszłego roku (jedyny jaki mam), reszta (tj. ściągacze, przedłużenie nogawek) to wynik inwencji twórczej. 

Poniżej wersja na wieszaku.

Tu na Modelce, wersja z bocznego przodu

oraz z bocznego tyłu.

Udały się też telefonowe ujęcia z placu zabaw. Wow!
Na placu królowa jest tylko jedna - huśtawka. Ja zaś pełnię zaszczytne miejsce nadwornego huśtającego. Biceps, triceps i inne cepsy na rękach rosną.

Ostatnia fota spodenek z cieniem szalonej właścicielki.

Oprócz szarej dresówki w dzisiejszym poście wystąpił ściągacz w tym samym kolorze, dwucentymetrowa gumka w pasie i moja Potomkini.

Ja ze swej strony dodam, że taka długość osobiście bardzo mi się podoba i dobrze się nam sprawdza w terenie.

Tymczasem dziękuję Szanownym Czytelnikom za uwagę i życzę pozytywnych wibracji każdego dnia!!

Miło mi będzie jak zostawicie tu po sobie jakiś ślad.




2 kwietnia 2015

Drutowe opowieści...

Witajcie!

Wreszcie! Wreszcie się udało! Skończyłam mój chyba czwarty w życiu sweter, tyle że pierwsze trzy powstawały niejako nieświadomie, z pomocą Babci i w okolicach podstawówki...

Plan zamieszczenia postu był na później, nie teraz, bo za wcześnie, bo święta, bo nikt nie wejdzie..., ale ja nie mogłam dłużej czekać, potwornie chcę się Wam nim pochwalić! :)

Oto i cała historia pasiaka ... dla cierpliwych!!

Zaczęło się od sklepu, z włóczkami ...jak zwykle...
Mijałam go nie patrząc nawet w tamtą stronę, tzn. bardzo, naprawdę bardzo się starając. Kiedy się nie udawało, obiecałam sobie przynajmniej nie wchodzić do środka, ewentualnie tylko zwolnić nieco kroku,..bo ja przecież nie potrzebuję nowych włóczek, a ryzyko zawsze jest! 

... no ale zamajaczyło mi cosik w moich kolorach i wdepłam! Zaczęłam macać, oglądać, miętolić (jak przystało na macanta pospolitego). Do tego Pani pozwoliła przymierzyć pokazowy sweterek i obiecała wzór przy zakupie motków, i ... co tu dużo pisać - machina ruszyła.  
MUSIAŁAM go zrobić i już!


Jeszcze wtedy rozsądek wygrał i tamtego dnia włóczki nie kupiłam, ale nocami mi się ten pasiak śnił, więc wróciłam... Trzęsącymi z podniecenia rękami zapłaciłam i zaniosłam drogocenny pakunek wraz z obiecanym wzorem do domu.

Do pracy zabrałam się prędziutko i równie szybko zaczęły się schody :) Rozkminianie wzoru, liczenie oczek, dzierganie próbki, szukanie na necie jak to się właściwie na drut oczka nakłada i  jak je dobiera...słowem szał pał!  
Nie obyło się oczywiście bez moich ulubione innowacji! Dekolt postanowiłam zrobić, "..bo bez dekoltu będzie głupio i za łatwo", no to zrobiłam! 
Źle zakończyłam, nabrać oczek dobrze potem nie umiałam, szydełkiem kombinowałam i oto co mi wyszło!! Klops, choć dumna jestem z siebie, że sensownie o dziwo dekolt wyliczyłam.


Jak się domyślacie, nastąpiło prucie, dorabianie, wykańczanie na nowo i już prawie kurczowe trzymanie się wzoru :)
Miałam jeszcze przygody ze zszywaniem (bo to wcale nie taka prosta część jak się wydaje), ale tego już Wam oszczędzę.

Ciekawam, kto do końca przeczytał całą opowieść :))

Koniec gadania! Oto i On!


Okulary dla animuszu włożyłam, bo pozować nie cierpię!! Mąż jednak stwierdził, że obcinanie głowy jest bez sensu.
No i ktoś z Was może widzi tu spódnicę rąk moich. Komplet wyszedł jak talala ;)


A teraz żegnam szanownych Państwa! Życzę przy okazji Wesołego Czasu! Mam nadzieję, że jednak ktoś tu jeszcze przed świętami zajrzy!

Całusy!!

P.S. Zdjęcia ciemne jak cholera, ale plenerów jakoś nie lubię.